To dla dobra dziecka. TA JASNE

Zauważyłam, że umieszczanie dzieci w domach dziecka stało się w Polsce bardzo popularne.
Nie mam nic przeciwko odbieraniu potomstwa rodzinom, zmagającymi się z problemami takimi jak alkohol, narkotyki, stosowanie przemocy. Tymbardziej, że wielu z takich pseudo-rodziców po prostu nie interesuje się dziećmi. Ocenami, frekwencją na zajęciach, zachowaniem poza domem.

Należy podkreślić jednak, że w Polsce odbiera się dzieci również z innych powodów. 



Podam dwa przykłady z życia wzięte aby udowodnić, że KURATORZY, którzy mają za zadanie - pomagać, szkodzą, niszcząc przy tym życie niejednego dziecka.

Przykład 1.

Rodzina alkoholików. Dziecko nie radzi sobie z nauką, nikt mu nie pomaga, nie ma miejsca w którym mógłby się uczyć. Dlaczego? Całe dnie gra telewizor, rodzice alkoholizują się od rana do nocy. Co prawda, został przyznany tej rodzinie kurator, ale nie robi dosłownie nic aby zapobiec tej sytuacji. Przychodzi tylko po to aby się pośmiać.

Przykład 2.

Matka, w przeszłości będąca ofiarą agresywnego męża. Odebrano jej córkę. Przychodzi do niej dwóch kuratorów, w tym jeden to SĄSIAD byłego partnera kobiety. Twierdzi, iż to ona stanowi problem, a mężczyzna był jedynie ofiarą. Robi dosłownie wszystko aby córka została w domu dziecka. Opisuje matkę jako alkoholiczkę, zmagającą się z problemami natury psychicznej. Kobieta zaś całe dnie pracuje aby utrzymać pozostałą dwójkę dzieci, którą też chcą jej odebrać.
Jaki jest efekt takiego postępowania kuratora? Córka nie wróci do domu na stałe. Dziewczynka ostatnio deklarowała, że dłużej tam nie wytrzyma. Prędzej popełni samobójstwo niż spędzi tyle lat z daleka od mamy.

Odpowiedz mi kuratorze – TO JEST DLA CIEBIE DOBRO DZIECKA?! Mieszkanie w jednym pokoju z dwoma/trzema zdemoralizowanymi dziewuszyskami, niedającymi chwili wytchnienia?
Mówisz, że mieszkanie jest za małe, bo jest troje dzieci, a tylko dwa pokoje? NIE BĄDŹ ŚMIESZNY!


Według mnie powinno się pociągać do odpowiedzialności panie idealne kuratorki, w momencie, kiedy dziecko popełnia samobójstwo przez to, że trafia do domu dziecka. Wiele razy NIESŁUSZNIE. Kto to słyszał aby umieszczać dzieci w sierocińcu bo rodzina nie ma zbyt wysokich dochodów? Albo dlatego, że jest brudno w domu? No proszę Was!

Uważam, że osoba, która ma problem z taką panią idealną powinna jak najszybciej udać się do prawnika. Niestety prawda jest taka, iż kurator opiniując daną rodzinę może napisać WSZYSTKO. Matka, będąca ofiarą przemocy ze strony męża, staje się chorą psychicznie alkoholiczką. Mężczyzna, napieprzający żonę i dzieci czym popadnie w oczach kuratora jest ofiarą. I taka, za przeproszeniem, suka zdaje taki, a nie inny raport. 



Drogi kuratorze, zanim podejmiesz jakąkolwiek decyzję, zastanów się. Czym jest dla Ciebie dobro dziecka? Odpowiedz sobie szczerze. Zapomnij o wymogach takich jak dochody, rozmiar mieszkania, itd. Ja jako osoba, która nie zna przepisów, uprawniających do zabrania dziecka, powiem Ci tak. Dobrem dla dziecka będzie to, że wychowa się przy matce, ojcu, przez których obdarzany jest miłością. Oczywiście nie mówię o wszystkich przypadkach, bo są rodziny, którym dzieci zabierać się powinno. Ale zanim cokolwiek napiszesz w tym swoim notatniku, zastanów się czy swoją czasem z dupy wziętą decyzją, nie zniszczysz komuś życia albo co gorsza, nie doprowadzisz do samobójstwa. 


Horrory

Każdy psycholog, nauczyciel, opiekun powiedziałby, że oglądanie horrorów w wieku dorastania wypływa na psychikę dziecka. Przyznaję, iż po raz pierwszy obejrzałam ekranizację tego typu w wieku 10 lat... Pamiętam, że był to film o zombie. Mój brat wymiękł po piętnastu minutach i najzwyczajniej w świecie opuścił pokój, mnie natomiast Świt Żywych Trupów tak przypadł do gustu, że wytrwałam do samego końca.

Od tamtej pory, kiedy tylko mamy nie było w domu, włączałam sobie horrory. Z racji tego, że byłam dzieckiem o niesamowitej wyobraźni, trudno było mi w nocy zasnąć. Duchy, mordercy, klątwy... wciąż obawiałam się ich odwiedzin. Odmawiałam modlitwy, obiecując Bogu, iż już nigdy... przenigdy nie obejrzę strasznego filmu!
Potem zaprzestałam przysięgania. Wiedziałam bowiem, że z oglądania horrorów nie zrezygnuję.




Które postacie z filmów zrobiły na mnie największe wrażenie?

  1. Duch kobiety z filmu "Klątwa"
Nie pamiętam w jakim wieku obejrzałam ten film, ale widmo Klątwy prześladowało mnie przez lata. Bałam się brać prysznic, patrzeć w lustro, a nawet jechać windą! Nie mam pojęcia co miała w sobie ta postać, że tak mnie przeraziła. Musiałam pracować nad swoją psychiką aby przestać się bać, m.in tego iż duch kobiety pojawi się w środku nocy w drzwiach. Obawiałam się również chłopca z tego filmu. Do dziś pamiętam scenę, w której dziewczynka leży w łóżku, czuje dotyk na główce – jest przekonana, że to siostra, jednak kiedy się odwraca okazuje się, iż chłopiec o trupiobiałej cerze postanowił pobawił się jej włosami. Uwierzcie, że były momenty, w których wydawało mi się, że ktoś głaszcze mnie po głowie. Wyobraźnia serio potrafi płatać figle.

 
    1. Jig Saw z filmu "Piła"
Może nie tak Jig Saw jak ta laleczka czy czort wie co to było, która jeździła na rowerku albo pojawiała się w nagraniach, puszczanych więźniom. A, i bałam się również tych przestępców z maskami prosiaków. Szczególnie kiedy wchodziłam na klatkę schodową, a nie zdążyłam jeszcze zapalić światła. Wiele razy podczas oglądania części Piły zastanawiałam się czy faktycznie istnieją tacy psychole i co by było gdybym ja stała się ich ofiarą. MASAKRA. Ogólnie dużo jest filmów tego typu, m.in. Hostel, ale ta seria zrobiła na mnie największe wrażenie jeśli chodzi o ekranizacje stroniące od tematyki duchów, opętań, itd.

  1. Krwawa Merry
Film sam w sobie to nic wyjątkowego, ale moją uwagę przykuła pewna scena. Legenda, przesąd – nie wiem jak to nazwać – głosi, że jeżeli stanie się przed lustrem i wypowie trzy razy "Krwawa Merry" pokaże się duch dziewczynki. Trzeba zrobić to przy zgaszonych światłach. Rzecz jasna bohaterka filmu robi coś takiego i zjawa się ukazuje.
Wcale nie przeraziła mnie postać "Krwawej Merry". Ale do tej pory nie jestem w stanie stanąć w ciemności przed lustem i wypowiedzieć tego cholernego imienia trzy razy. Wprost przeciwnie, kiedy przechodzę obok lustra w nocy, staram się w ogóle w nie nie spoglądać. :D 


4. Sinister, Obecność, Naznaczony

W tym podpunkcie wymieniam filmy, które musi obejrzeć każdy miłośnik horrorów. Był taki czas w moim życiu, że horrory już nie robiły na mnie żadnego wrażenia. Postanowiłam więc oglądać je tylko nocami na słuchawkach. Przy ekranizacji Sinister musiałam zapalić światło. Aha, i jeszcze co chwilę budziłam brata. Film warty uwagi, ale Obecność zrobiła na mnie takie wrażenie, że rano nie pamiętałam o czym ten film był. SERIO. I kiedy znajomi pytali dlaczego polecam Obecność ja nie potrafiłam odpowiedzieć na to pytanie. Przypomniałam sobie o dwójce badaczy zjawisk paranormalnych - Lorraine i Ed Warren'ach - dopiero kiedy obejrzałam film drugi raz.
Naznaczony natomiast... ten film mi się po prostu podobał. Fabuła, pomysł, wykonanie. Polecam szczególnie trzecią część, na której krzyczałam, płakałam i śmiałam się – nie nie jednocześnie, aż taka psychiczna jeszcze nie jestem. ;)


Etykietowanie innych ludzi

Dla większości ludzi etykietowanie to nic innego jak oznakowywanie określonych produktów spożywczych. Dzięki plakietkom wiemy, że tuńczyk jest w sosie własnym, a nie w oleju. W konserwie tyrolskiej mięso stanowi niecałe 60% natomiast reszta to soja, tłuszcz wieprzowy, sól i sama chemia w postaci przeróżnych stabilizatorów.

Okej. Mogę się zgodzić, że bez etykietek na produktach spożywczych byłoby niewesoło. Szczególnie dla osób, które zwracają uwagę na to, co w siebie wrzucają.

Ale pamiętajmy, iż człowiek to nie szproty w sosie pomidorowym. A przyszywanie łatek innym, może przynieść negatywne konsekwencje.

Często nie zdajemy sobie sprawy, że swoim ocenianiem, możemy zmienić zachowanie drugiego człowieka. Wystrzegać się tego przede wszystkim powinni rodzice i nauczyciele.

Powiedzcie sami. Jaką opinią w środowisku szkolnym będzie cieszył się uczeń, który miał zatargi z prawem? O ile potrafię zrozumieć niechęć rówieśników, to już negatywny stosunek ze strony nauczycieli do takiej osoby nie powinien mieć miejsca.
Chodząc do gimnazjum wiele razy byłam świadkiem, że osoby, które często rozrabiały, odpowiadały nawet za coś czego nie zrobiły. Nauczycielka nie wiedziała kto zamknął klasę od środka, gdy ta wyszła po kredę, ale gdy wreszcie dostała się do środka, pokazała palcem na chłopaka, który zazwyczaj był winny tego typu naruszeniom, i stwierdziła, że na pewno on się tego dopuścił. 



Albo to jak traktuje się uczniów, mających problem z uczęszczaniem na zajęcia.
Powinniście wiedzieć, że niekoniecznie wynika to z lenistwa. Często przyczyną jest chorobliwa nieśmiałość która powoduje, że dana osoba po prostu boi się chodzić do szkoły.
Wyobraźmy sobie jednak dziewczynę, która pragnie przełamać swój lęk, i po miesiącu nieobecności, przychodzi na zajęcia. Jak zostaje odebrana przez nauczycieli?

"O proszę, kto się wreszcie pojawił!"
"Mamy gościa na zajęciach"
"Napiszesz 3 zaległe sprawdziany i 2 klasówki bo pewnie jutro znów nie przyjdziesz" 

 
Nie są to odzywki wymyślone przeze mnie. Pamiętam je z czasów szkolnych.

Technikum skończyłam pięć lat temu, więc być może teraz coś się zmieniło. Ale chciałabym Wam uświadomić, że takie etykietowanie nic dobrego nie przyniesie, a może zaszkodzić.

Co ma do stracenia chłopak, który i tak jest o wszystko oskarżany? Nawet jeśli tego dnia go w szkole nie było? Ano nic! Skoro nauczyciele sądzą, że jest takim chuliganem, to czemu ma powstrzymywać się od wybicia okna, kolejnej ucieczki czy odpalenia petardy na szkolnym korytarzu?

Czy powrót po miesięcznej przerwie do szkoły ma sens? Przecież gdy ta biedna dziewczyna się pojawi zostanie zawalona pytaniami, żądaniem usprawiedliwienia nieobecności, na niemal każdej lekcji przy sprawdzaniu obecności nauczyciele będą jej dogryzać i jeszcze te zaległe sprawdziany...
Jak więc zmotywować dziecko do powrotu? Uważam, że tutaj powinni główną rolę odegrać rodzice. Iść, nawet po kryjomu, do wychowawcy i porozmawiać o powodach, dla których nastolatek nie uczęszczał na zajęciach. Poprosić aby wychowawca w miarę możliwości zapobiegł zbędnym komentarzom, nadrabianiem w pierwszy dzień zaległych sprawdzianów. Pamiętajmy, że osoba, która wraca do szkoły, jest niepewna, wręcz boi się reakcji innych. Nauczyciele więc powinni zadbać o to aby taki uczeń poczuł, iż powrót był dobrą decyzją.


Rzecz jasna, konsekwencji przyszywania łatek przez innych nie ponoszą jedynie osoby w wieku szkolnym. Ja sama często łapię się na tym, że nie robię czegoś, bo i tak inni są przekonani, co do moich cech charakteru. A może to jest tak, iż oni sami sobie je wykreowali?

Podobnie jest z przestępcami. Wszyscy, jak jeden mąż, jesteśmy przekonani, że osoba, która po 25 latach wychodzi z więzienia, ponownie zgwałci, zabije, zje swoją ofiarę. Sąsiedzi tego człowieka linczują, wypisują na drzwiach różne słowa, a o zatrudnieniu ktoś taki może pomarzyć.

Co więc ma do stracenia? I tak jest przez nas postrzegany jako ten najgorszy. Skoro jesteśmy tacy pewni, że po odbyciu kary, znów wróci do popełniania przestępstw, to czemu miałoby stać się inaczej?


Zauważyliście, jakie mogą być konsekwencje takiego etykietowania?

Dlatego jak już chcemy kogoś oceniać, to róbmy to tak aby dodać odwagi tej osobie. Motywacji do działania.

Ty się w szkole jutro nie pojawisz. - O jak dobrze, że wróciłeś!

Nie poradzisz sobie. Tego materiału jest zbyt dużo. - Nie muszę życzyć Ci powodzenia, bo i tak wiem, że zdasz.

To serio dodaje otuchy.

Recenzja cyklu p.t. "Zwiadowcy"

Jak już może zdążyliście zauważyć nie jest to blog, na którym często pojawiają się opinie na temat czyjejś twórczości. Co ja gadam! Tutaj nigdy nie pisałam o książkach, filmach, serialach które według mnie są godne zainteresowania... albo wprost przeciwnie, tak nudne, że zapragnęłam Was przed tym przestrzec.
Zakończenie mojej kilkuletniej przygody ze Zwiadowcami skłoniło mnie jednak do napisania pierwszej w moim życiu recenzji.




Po pierwszą część tego cyklu sięgnęłam w 2013 lub w 2014 roku. Z ogromnym zainteresowaniem przeczytałam tom, w którym poznałam głównego bohatera – Willa. Chłopak wychował się w
sierocińcu, ale dorastanie bez rodziców, nie przeszkodziło w snuciu marzeń. Dostać się do Szkoły Rycerskiej, aby następnie móc walczyć i jeśli zajdzie potrzeba zginąć w obronie mieszkańców Araluenu.
Will jako chłopak odważny, zręczny, sprytny miał duże szanse zaistnieć pośród uczniów Szkoły Rycerskiej ale jego wątła postura zdyskwalifikowała go na samym starcie. Nie został nawet przyjęty do Akademii, o której ukończeniu tak marzył. Co gorsza, nie nadawał się również do pracy w kuchni, a inne funkcje też wydawały się takie jakieś... nie dla niego.
Co oznaczało dla chłopaka to, że przedstawiciele urzędów, szkoły rycerskiej, a nawet kuchni odrzucili jego kandydaturę? Ano, trafienie do rodziny rolników, w której do końca życia miał być popychadłem.
I tak by się pewnie stało gdyby nie to, że ktoś jednak zauważył potencjał Willa. Tą osobą był Halt, mrukliwy zwiadowca, pełniący swoje obowiązki w lennie Araluen. Okazało się, iż obserwował chłopaka od dłuższego czasu i dostrzegł u niego cechy, których rozwój mógłby w przyszłości zaowocować. Will potrafił się skradać, dzięki swojej wątłej posturze - pozostawał niezauważony przez kucharza Chubba w trakcie operacji, zatytułowanej - podkradanie ciasteczek. Nie ulegało wątpliwości, iż nadawał się na ucznia zwiadowcy, tak więc legendarny Halt przyjął chłopaka pod swoje skrzydła.


W pierwszej części, John Flanagan opowiada o początkach szkolenia Willa, jego pierwszych przygodach, relacji mistrz – uczeń. Poznajemy również przyjaciół bohatera – Horace, ucznia Szkoły Rycerskiej, Jenny – dziewczynę ze smykałką do gotowania, Alyss – której mentorką została sama mistrzyni dyplomacji, Lady Pauline oraz George – marzącego o karierze prawnika.

Jest to zarazem pierwszy, jak i jedyny tom tego cyklu, który porwał mnie bez reszty. Podczas czytania, przyszło mi nawet na myśl, że wreszcie znalazłam lekturę rangi Harrego Pottera. Niestety, następne części mnie rozczarowały. I pragnę w tym miejscu podkreślić, iż w żadnym wypadku nie była to wina autora. Wcale nie chodzi o to, że zanudzał, czy jego styl pisania mi nie odpowiadał. 

 

Po prostu za dużo w tym wszystkim było wojen, opisów broni, walk, zasad rycerstwa. Przyznam, że nieraz miałam chęć pominąć jedną czy dwie strony, ale rzecz jasna nie zrobiłam tego. Uparcie czytałam kolejne sceny, w których mężczyźni walczyli zarówno o życia swoje jak mieszkańców lenna Araluen.

Według mnie jest to cykl, który bardziej spodobałby się facetom. We mnie ta seria nie obudziła żadnych głębszych emocji. Cieszę się, że wreszcie przeczytałam te 14 tomów.

Ktoś mógłby zapytać – po co się z tym męczyłaś skoro już druga część nie przypadła ci do gustu?
Ano, bo jestem uparta. Kiedy zacznę jakąś książkę, muszę przeczytać ją do końca. Ta zasada odnosi się również do serii, składających się nawet i z kilkunastu tomów – tak jak było w tym przypadku.

Skłamałabym jednak gdybym napisała, że kompletnie nic mi się w Zwiadowcach nie podobało.
Urzekła mnie relacja między Haltem, a Willem. Co prawda, na początku powiewało chłodem, ale z biegiem czasu, chłopak przekonał do siebie nieprzystępnego mistrza. Myślę, że Halt najbardziej w Willu lubił to, iż ten szybko się uczył, był ciekawy świata, a dobro przyjaciół stawiał ponad wszystko. Swoją walecznością, odwagą i zaangażowaniem szybko zdobył szacunek nie tylko mistrza, ale i mieszkańców lenna Araluen.

Następny motyw, który przykuł moją uwagę i niejednokrotnie wywoływał uśmiech na twarzy to sposób, w jaki zwiadowcy obchodzili się ze swoimi końmi. Osoby, które przeczytały choćby pierwszą część tej serii, wiedzą, iż John Flanagan nadał koniom, należącym do zwiadowców, wyjątkowe cechy. Zwierzaki potrafiły porozumiewać się w myślach ze swoimi właścicielami, do czego rzecz jasna żaden zwiadowca się nie przyznawał. Co by ludzie pomyśleli, gdyby ci tajemniczy mężczyźni, publicznie rozmawiali ze swoimi wierzchowcami? I bez tego opinia o Korpusie Zwiadowców była... przeciętna, że tak powiem. Otóż, zwiadowcy byli ludźmi zamkniętymi w sobie, stronili od innych, zamieszkiwali zazwyczaj głęboko w lasach albo na obrzeżach lenn. 

 

Licząc tomy, w których John Flanagan opowiada o przeszłości Halta, części Zwiadowców jest aż 14 więc gdybym miała wymieniać wszystko, co mi się podobało i wręcz odrzucało, to ten post pisałabym tygodniami, a nie o to tutaj chodzi.

Jeżeli lubisz literaturę fantasy powinieneś sięgnąć po ten cykl, ale ostrzegam – nie jest to seria, ociekająca magią, na próżno w niej szukać smoków, czarownic, elfów czy krasnoludów.
Zwiadowcy to zwykli mężczyźni o wyjątkowych umiejętnościach, które wynikają z ich zręczności, sprytu i pewności siebie. Czyli z cech, jakie może posiąść każdy z nas.